Przeklęte pudło, które tylko my potrafiliśmy otworzyć
W 2000 roku nie bardzo jeszcze rozumiałem oburzenie, jakie wywołał w narodzie film Jonathana Mostowa o dźwięcznym tytule "U-571". Pozorująca autentyczność produkcja ujęła nastoletniego wówczas mnie sporą dawką podwodnych eksplozji oraz przewrotnością, jaką było umieszczenie amerykańskich żołnierzy w U-Boocie i wysłanie przeciw nim alianckich żołnierzy. Wartka akcja i gwiazdorska obsada (McConaughey, Paxton, Keitel i Bon Jovi) na tyle zamydliła mi oczy, że nie zwróciłem uwagi na sugestię, jakoby to dzięki Amerykanom (!) możliwe było rozszyfrowanie legendarnej Enigmy, gdyż to oni mieli zdobyć pierwszy działający jej egzemplarz. Problem w tym, że to, czego nie zauważyłem, wiele osób zarejestrowało i, co gorsza, uznało za fakt historyczny.
Francuzi i Brytyjczycy, którzy w czasie I wojny światowej w dużej mierze zawdzięczali zwycięstwo łamaniom szyfrów wroga, stanęli bezradni wobec tego nowego systemu. Złożoność Enigmy była tak niesamowita, że przekreślała wszystkie dokonania kryptografii ostatnich kilkuset lat.

Do problemu trzeba było podejść po polsku. Ze szklanką czaju. (fot. Ireneusz Sobieszczuk)
W rzeczywistości odczytywanie szyfrów wykorzystywanej przez Niemców Enigmy było możliwe już dekadę wcześniej, gdy w 1932 roku Polacy zaczęli dekodować meldunki, nie posiadając jakiegokolwiek wojskowego egzemplarza maszyny szyfrującej. Informacje o złamaniu kodu Enigmy zostały jednak odtajnione dopiero w latach 70. XX wieku, a rola Polaków dziwnym trafem mocno zdeprecjonowana. Do tego stopnia, że postaci polskich matematyków w najpopularniejszych (i, siłą rzeczy, najbardziej kreujących opinię ogółu) przejawach popkultury po dziś dzień są albo marginalizowane, albo kompletnie wręcz pomijane. Ostatnio pisałem nawet jak bardzo jest to frustrujące, wyrażając jednocześnie nadzieję, że może pokazanie tej historii w sposób, w jaki my to widzimy, zmieni nieco przekonanie, iż skrócenie wojny o kilka lat było zasługą wyłącznie Brytyjczyków.
Polacy zrozumieli, że walka z Enigmą oznacza sięgnięcie po zupełnie niekonwencjonalne metody.

I zwrócenie się o pomoc do dość ekscentrycznej (i wcale nie chodzi mi o fryzurę) osoby. (fot. Ireneusz Sobieszczuk)
Polscy kryptolodzy mierząc się z Enigmą chwytali się praktycznie wszystkiego, łącznie z usługami i poradami słynnego polskiego inżyniera oraz jasnowidza (to te "niekonwencjonalne metody" z powyższego cytatu) Stefana Ossowieckiego, co chluby raczej nie przynosi, ale jest przynajmniej bardziej osadzone w rzeczywistości niż nieistniejący U-Boot i heroiczna postawa fikcyjnych amerykańskich marines. O udziale Ossowieckiego w bliskiej naszemu sercu sprawie informuje Bogusław Wołoszański w specjalnym czteroodcinkowym cyklu „Sensacji XX wieku” poświęconemu Enigmie właśnie. Zresztą nie tylko o tym - twórca serii sprawę Enigmy oraz rolę polskiego wywiadu i kryptologów analizuje już na etapie łamania zaszyfrowanych bolszewickich meldunków... w przededniu bitwy warszawskiej z 1920 roku. Czyli tak, jak trzeba było to robić już od dawna.
W zaszyfrowanym tekście nie można było odnaleźć żadnej prawidłowości. Żadnej reguły, na podstawie której jedna litera zastępowana była inną literą. Albo inaczej - odnalezienie tej reguły zajęłoby kryptologowi co najmniej kilka tysięcy lat.

Nawet Stalin (42 l.) nie miał tyle cierpliwości. (fot. Ireneusz Sobieszczuk)
Wielu widzów może być zaskoczonych, że w pierwszej odsłonie cyklu nazwa maszyny szyfrującej pada dopiero w zakończeniu. Wołoszański do sprawy podchodzi jednak z podziwu godną drobiazgowością, a odcinek o Enigmie, w której tytułowej bohaterki de facto nie ma, ogląda się z olbrzymim zainteresowaniem. Piszę to z pełnym przekonaniem, gdyż dzięki uprzejmości National Geographic Channel mogłem przedpremierowo zapoznać się z połową rzeczonej serii. Wam pozostaje zaczekać do godziny 21:00 w najbliższą niedzielę, by dowiedzieć się, od czego się to wszystko zaczęło. Taka forma narracji - rozkładająca historię na czynniki pierwsze, cofnąwszy się w czasie o kilkanaście lat - nie sprawdziłaby się w żadnym filmie fabularnym (szczególnie amerykańskim), ale w formie telewizyjnego spektaklu wypada nad wyraz okazale i oddaje sprawiedliwość wszystkim bohaterom tej niezwykłej historii.
Niemcy omyłkowo wysłali egzemplarz do Warszawy. Nasi celnicy połapali się w ich pomyłce i zatrzymali przesyłkę.

A potem zrobili zdjęcia i zaprosili ją na herbatę. (fot. Ireneusz Sobieszczuk)
Złamanie Enigmy było po części splotem korzystnych okoliczności, pomyłek wroga (jak na przykład przechwycenie cywilnej wersji maszyny na warszawskim Okęciu w źle zaadresowanej przez Niemców paczce) oraz geniuszu wymieszanego z doskonałym planowaniem polskich specjalistów m.in. majora Franciszka Pokornego, kapitana Maksymiliana Ciężkiego oraz inżyniera Antoniego Pallutha. Wszyscy zainteresowani polską historią i matematyką kojarzą z pewnością nazwiska Rejewskiego, Zygalskiego i Różyckiego, wspomnianą wcześniej trójkę spychając na dalszy plan. Jednak to właśnie im Wołoszański poświęca czas antenowy, dzięki czemu także i współcześni widzowie mogą uzupełnić swoją wiedzę o jednym z największych przełomów w historii wojen i podwalinach współczesnej kryptologii. Kryptologii, która swego czasu stała się wręcz narodowym sportem. Pokonać Niemców w tym, w czym uchodzili za potęgę, to wszak marzenie każdego szanującego się patrioty.
Innymi słowy mówią panowie, że wiemy jak pokonać Enigmę, ale przy naszych możliwościach jest to niewykonalne, tak?

Złote chłopaki, prawdziwe przystojniaki. (fot. Ireneusz Sobieszczuk)
Polski wywiad przekazał aliantom informacje na temat sposobu łamania wysyłanych Enigmą depesz w przededniu wybuchu II wojny światowej. Wiązało się to z faktem, że po rozbudowaniu przez Niemców metody kodowania polska armia nie miała wystarczających funduszy, by skonstruować (tudzież zamówić) odpowiednią liczbę maszyn deszyfrujących. Wymagałoby to nakładów rzędu miliona ówczesnych złotych, co było równowartością przynajmniej pięciu w pełni uzbrojonych czołgów, które wobec zakusów Hitlera na Europę, były oczywiście towarem pierwszej potrzeby. Oddaliśmy więc naszym sojusznikom to, co z wielkim trudem sami osiągnęliśmy, zostając, jak pokazały kolejne dziesięciolecia, niemal z niczym. W podobny sposób, posługując się dość trywialną analogią, nie mając funduszy na realizację quasi-hollywoodzkiej produkcji o legendarnej maszynie szyfrującej, przekazaliśmy niejako możliwość napisania tej historii w sposób oddający honor naszym rodakom. Nie wiem czy bardzo dobra próba Wołoszańskiego zostanie zauważona na Zachodzie (mogę jedynie marzyć, że „Sensacje” zostaną tam pokazane), ale jest to na pewno wielki sus we właściwym kierunku. Sami zresztą zobaczycie.
Cytaty zaczerpnięto bezpośrednio z siódmego i ósmego odcinka "Sensacji XX wieku", udostępnionych przez kanał National Geographic Channel, który jest partnerem tego wpisu.

