Głosowanie przed erą SMS-ów, telewizji i internetu. Każdy miał w domu taki przycisk
Jeśli podoba ci się ten wpis, zapal światło.
Nie od dziś wiadomo, że głosowanie za pomocą wiadomości SMS, choć najmniej lubiane przez osoby głos oddające, jest najbardziej hołubione przez stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe. I to nie dlatego, że dają najbardziej wymierny efekt (są w teorii odporne na oszustwa), ale przede wszystkim dlatego, iż przynoszą wyżej wymienionym zyski, których nie wygenerowałyby innymi metodami.
Wszyscy (OK, pewnie nie wszyscy) pamiętamy też irytujący boom na "konkursy" zawierające w nazwie człon "audio" lub "tele" i niesmak jaki budziły wśród nieco bardziej rozgarniętych widzów. Truizmem będzie napisanie, że w czasach nieco dawniejszych, patent na wciągnięcie widzów w interakcje był zdecydowanie bardziej kuriozalny, niż pytania, jakie zadawano na antenie.
A jakie zadawano? Posłużę się cytatem z “Przeglądu”:
Jak miał na imię Mikołaj Kopernik? Co trzeci dzwoniący odpowiadał, że Adam, Andrzej lub Józef. Inne pytania z telewizji to np. “Co jest po ślubie: wesele, stypa czy topienie Marzanny?” czy też “Tradycyjna polska potrawa to: pizza, sushi czy bigos?”.
Dziwne, że jeszcze nie zapytano: co to jest, po wodzie pływa i kaczka się nazywa? Głupie? A jednak co trzeci z kilkudziesięciu tysięcy dzwoniących odpowiada źle.
– Czy można wymyślić łatwiejsze pytania? – dziwi się Jacek Jarzyna, szef konkursu Teleaudio, nadawanego w Polsacie. Pytania muszą być łatwe, żeby jak najwięcej osób dzwoniło. Przeciętnie w konkursie bierze udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jeśli zagadka jest trudniejsza, zainteresowanie spada.
Gdy w TVN zapytano o kompozytora “Carmen” (Ludwik van Beethoven, Fryderyk Chopin czy Georges Bizet?) zadzwoniło tylko 2,5 tys. osób. (cytat za “Przeglądem”, 9 lipca 2021 roku)
Wróćmy jednak do sedna wpisu, czyli decydowania o czyimś losie z domowego fotela. Jak więc oddawano władzę w ręce widzów w czasach, gdy demokracja kojarzyła się z bliską stu procent frekwencją wyborczą i dorzucaniem kart do niezapieczętowanych urn?
Interwizja
Na trop mierzenia nastrojów wśród telewidzów natrafiłem, czytając 10 lat temu o planach przywrócenia do życia konkursu Interwizji przez Władimira Putina. Dyktator i zbrodniarz wojenny mocno się wówczas zastanawiał nad wskrzeszeniem konkurencyjnego wobec Eurowizji festiwalu piosenki1.
Pomysł ten nie był jednak wybitnie oryginalny, gdyż wracał co kilka lat, odżywając najczęściej w okolicach imprezy organizowanej co roku przez Europejską Unię Nadawców - Eurowizję.
Zabarwiony na czerwono jego odpowiednik, który, nawiasem mówiąc, w latach 1977-1980 odbywał się w Sopocie, gromadził jednak na scenie gwiazdy nie tylko z bloku wschodniego. W ten sposób starano się realizować m.in. polskie marzenie o wielkiej imprezie na światowym poziomie.
Biorących w nich udział wykonawców oceniał panel jurorów, jednak w krajach Zachodu panuje przeświadczenie, że wyboru laureatów dokonywali widzowie za pomocą na pierwszy rzut oka nieco prymitywnego systemu głosowania. Na czym miał on polegać?
Kto zgasił światło?
W dużym skrócie: wskazywanie faworytów miało odbywać się za pomocą… włączania bądź wyłączania przez widzów śledzących transmisję świateł w swoich domach czy mieszkaniach.
Jeżeli dany utwór wzbudzał sympatię domowników, wszystkie lampy w domu miały zostać włączone. Jeżeli zaś piosenka nie wzbudzała większych emocji, domownicy mieli światła wyłączać.
Informacje na temat zwiększonego lub zmniejszonego poboru energii miały następnie być przekazywane przez elektrownie organizatorom, którzy na ich podstawie przyznawali wykalkulowaną liczbę punktów danemu uczestnikowi.
Próbowałem potwierdzić zawarte w powyższym akapicie informacje u źródeł (pytając m.in. obdarzonych niezawodną pamięcią rodziców i dziadków), jednak wszyscy z którymi rozmawiałem nie przypominają sobie takiej metodologii badania.
Dochodząc jednak po kłębku do nitki natrafiłem na inne informacje, które potwierdzają, że taki sposób oddawania głosów w istocie był praktykowany. Nie w konkursie piosenki jednak.
Jak się okazuje sprawdzanie nastroju widzów za pomocą żarówek praktykowane było m.in. w Czechosłowacji, gdzie nagrywany na żywo program mógł podążyć w kierunku wskazanym przez widzów.
Początkowo o losach kucharza z show (szukałem lepszego słowa, ale na próżno) "Rozpaky kuchaře Svatopluka" ("Przygody Świętopełka Kuraczka") decydowała zgromadzona w studiu publiczność, jednak jeden z odcinków nagrano przy współpracy z telewidzami.
Dwukrotnie podczas jego wyświetlania akcja zatrzymywała się, a zgromadzeni przez odbiornikami ludzie mogli zadecydować w którym z podanych dwóch kierunków ma podążyć fabuła. Zapalając lub gasząc w domach światło.2
Ten sposób głosowania uwieczniono na poniższym fragmencie:
O krok dalej poszli Niemcy (znani skądinąd z robienia jednego kroku za daleko), którzy procedurę zwaną przez siebie "Lichttest" wdrożyli w programie "Wünsch Dir was".
Początkowo ograniczali się do wyboru jednego miasta, gdzie widzowie za pomocą zapalanych lamp mieli decydować o zwycięstwie jednej z biorących w nim udział rodzin. Ze względu jednak na skargi jakie telewizja otrzymywała z elektrowni (zbyt duże skoki poboru doprowadzały do awarii w dostawach prądu), zdecydowano się zmienić metodologię badania. Na co wówczas wpadli genialni sąsiedzi zza zachodniej granicy?
Na odkręcanie kranów i spuszczanie w kiblach wody.
Tak moi drodzy, w RFN o czyimś być albo nie być w telewizyjnym teleturnieju przesądzała ilość marnowanej w danej chwili wody. Cóż, Ordnung muss sein.
Źródła:
I dopiął swego w 2025 roku, kiedy wreszcie zorganizowano go w obwodzie moskiewskim. I, co ciekawe, wzięły w nim udział nie tylko kraju zbliżone do Rosji, ale też Stany Zjednoczone. Acz te, też zbliżają się do Rosji.
Po latach twórcy mieli przyznać, że to głosowanie to był pic na wodę, a całość po prostu ładnie “wyglądała w obrazku”. Ale patrząc na wyniki głosowania w Eurowizji, czyż nie każdy wybór wygląda na ustawiony?





