Inne dwa słowa, które same nasuwają się po kilkunastu minutach seansu to odpowiednio "obcy" oraz "przebudzenie". I, wbrew pozorom, nie jest to zrównanie wyświetlanego właśnie w kinach filmu z czwartą, najmniej udaną częścią kultowej sagi. "Life" bowiem z "Alienem" nie ma praktycznie nic wspólnego. Ale jednocześnie jest najlepszym "Obcym" od 31 lat.
Recenzja Life (2017)
Gdyby jeszcze kilka miesięcy temu ktoś powiedział mi, że w pierwszym kwartale tego roku największą kinową frajdę sprawi mi produkcja o grupie naukowców zamkniętych w kosmicznej łódce, pewnie popukałbym się w nieprzysłowiowe czoło. W sezonie oscarowym takie rzeczy praktycznie się nie zdarzają. Tymczasem dawno z kina nie wychodziłem z tak szerokim uśmiechem, jak po zapoznaniu się z, nie ukrywam, dość przewidywalnym zakończeniem filmu o znalezieniu dowodu na istnienie życia pozaziemskiego.
Dowodu, który ostatecznie robi tak trzymający w napięciu rozpierdol, że aż żałujemy iż całość trwa niespełna 100 minut. Nie ma tu jednak mowy o okupowaniu przestrzeni ekranowej przez przeuroczego i równie morderczego noworodka zaproszonego na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Calvin, siódmy pasażer ISS, pojawia się dopiero, gdy jest już absolutnie niezbędny do wyeliminowania kolejnego członka dość niegłupiej w sumie załogi. I czyni to z taką gracją, iż ręce kibicujących mu widzów same składają się do braw.
Spirit in the Sky
Dlatego też moment, gdy w towarzystwie wyświetlanych napisów końcowych z głośników wydobywają się pierwsze dźwięki "Spirit in the Sky", w mordę z siłą kafara wali nas prawdziwa satysfakcja. Nie tylko z powodu dobrze wpompowanych w kinowy bilet pieniędzy. By jednak poznać drugi powód, koniecznie będzie właściwe nimi dysponowanie. A "Life" to inwestycja z zaiste przyzwoitą stopą zwrotu.



